Hej pyśki! Wiem, że ze sporym opóźnieniem, ale wracam do Was z kolejnym rozdziałem. Ale spokojnie! Już niedługo egzaminy i nic nie będzie mnie odciągało od pisania dla Was. ♥ Dlatego od razu proszę Was: piszcie w komentarzach swoją opinię dla opowiadania. Czy Wam się podoba, czy nie, co warto zmienić itp. Dla Was to tylko chwilka, gdyż nie musicie mieć do tego nawet założonego konta, dla mnie zaś ma to ogromne znaczenie, pomaga mi w pisaniu i motywuje do dalszej pracy.
Minęliśmy już 1000 wyświetleń! Chciałabym Wam podziękować, że jesteście ze mną przez cały ten czas. Jesteście nieocenieni i tacy wspaniali. :3 Dziękuję i... życzę miłego czytania. :) * * *
Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. W drzwiach stał nie kto inny,
jak Smok&Diabeł sp. Zło, ze swoimi dziewczynami oraz Ron i Lav. Nasi przyjaciele stali przez chwilę jak wyryci.
- Ekhem... Hej. Co tam? - powiedziałam cicho, mając nadzieję, że może nic nie zauważyli.
-Hm... Wracaliśmy właśnie z naszej randki, którą zakończyliśmy
wcześniej, żebyś nie musiała siedzieć tu sama, a po drodze spotkaliśmy Rudzielca i Blondi, więc wyciągnęliśmy ich ze sobą, żeby cię trochę rozerwać. Ale jak widzę, ty się wcale przez ten czas nie nudziłaś. - z głosu Ginny bił chłód.
- To nie to co... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Bo niby co miałam powiedzieć? Jednak to, że zaczęłam to zdanie, tylko wkurzyło moją młodszą przyjaciółkę.
-Nie to co myślimy? - uniosła głos. - Czy ty się Hope w ogóle
słyszysz!? To żałosne. A nie, sorry. To nie to, co myślimy. Jakie masz wytłumaczenie tym razem? Znowu ktoś nazwał cię szlamą i szukałaś pocieszenia? Czy po prostu chciałaś się pobawić? Och, a może pomagałaś mu szukać szkieł kontaktowych? W jego ustach? - zamrugałam prędko. Nie chciałam, by odebrała to w ten sposób. Ale w sumie rozumiałam ją trochę. Próbowała przemówić do mojej moralności. Może Cho nie była moją najlepszą przyjaciółką, ale dobrą koleżanką. Fakt. Nie powinnam tego robić. Tym bardziej, że rozbijałam w ten sposób związek przyjaciela. - Jak ty w ogóle mogłaś zrobić coś takiego!? Dobrze wiesz, że Cho przeżywa teraz ciężkie chwile. -spuściłam wzrok. Miała rację. Jestem zła. - To było podłe. - powiedziała, dobijając mnie jeszcze bardziej.
Kiedy przestałam wpatrywać się w dywan, spojrzałam na Dracona. Na początku, kiedy tak tu wpadł, był tylko zszokowany. Teraz zaskoczenie już minęło. Stał tam jak wyryty i zaciskał pięści. Był zły.-
Okularnik! - wybuchnął nagle. - Ile razy ci mówiłem: ręce precz od
mojej małej siostrzyczki!- Smoku. To nie twoja siostrzyczka, tylko
kuzynka. - odezwał się Potter ze stoickim spokojem, jak na tę
sytuację.- No i co z tego! - krzyknął Tleniony. - Mimo to jest moją
małą siostrzyczką. Cioteczną, czy nie. A ty się do niej dobierałeś! -
Wybraniec wyruszył ramionami.
- Nie narzekała. - wyszczerzył się, a ja spaliłam cegłę.
-Zamknij się i zdejmij okulary. - Potter, nie wiedząc o co temu
chodzi, posłuchał. Po chwili pięść Ślizgona wylądowała na jego twarzy.
Zatkało mnie. Nie myślałam, że ktoś się tak o mnie troszczy, od czasu, kiedy Dean mnie zostawił. Gryfon już się zbierał, żeby mu oddać, ale nie pozwoliłam na to. Stanęłam szybko między nimi i oddzieliłam na wyciągnięcie rąk.- Przestańcie! - krzyknęłam głośno. Nie miałam zamiaru pozwolić im pozabijać się z mojego powodu.- Niech to odszczeka! - wrzasnął Malfoy. Harry nie wiedział o co mu chodzi. Ale ja wiedziałam. O moją dumę, honor. Chłopak je uraził, a Draco ich bronił. W końcu dla każdego Ślizgona honor to największa wartość.
- Nie. - odezwałam się głośno. - Zasłużyłam sobie. - spojrzałam mu w oczy prosząco. Chciałam, żeby dał już spokój. To jedyne, czego w tej chwili potrzebowałam. Choć nadal był wzburzony, opuścił ręce.
- Nigdy. Więcej. Nie obrażaj. Mojej. Małej. Siostrzyczki. - wycedził. - I nie dobieraj się do niej! - dodał. Westchnął ciężko. Zapadła niezręczna cisza, która mnie w tej sytuacji. To było nie do wytrzymania.
- To my wam nie będziemy przeszkadzać. - przerwał ją Ron. Miałam ochotę go ucałować z wdzięczności. Ale hola. Może ja przystopuję z tym całowaniem. Bo znowu będzie awantura.Ruda popatrzyła na mnie lodowatym wzrokiem, po czym wszyscy opuścili moje dormitorium. Obróciłam się w stronę miejsca, gdzie jeszcze przed minutą stał Harry, by pogadać z nim o tym wszystkim, ale nie było go. Zostawił mnie. Uciekł bez wyjaśnień. DupeG.
* * *
Siedziałam u siebie w pokoju, dopóki głód nie zmusił mnie do
wychynęcia i pójścia na kolację. Kiedy weszłam do Wielkiej Sali było w niej już całkiem sporo osób. Automatycznie poszukałam wzrokiem Rudej. Razem z Blaisem, Draco i Hermioną siedziała przy stole Gryfonów. Gdy zarejestrowała, że weszłam do pomieszczenia, spojrzała na mnie wilkiem. Za to Ron i Harry siedzieli ze swoimi dziewczynami przy stole Krukonów. Wybraniec śmiał się z czegoś. Czyżby już wyjaśnił sytuację z naszym pocałunkiem? Zrzucił winę na mnie, czy w ogóle zbagatelizował sprawę? Westchnęłam ciężko. Zapowiadał się samotny posiłek. Skierowałam się do swojego domowego stołu. Ponieważ z nikim z
pozostałych Ślizgonów za bardzo się nie kolegowałam, postanowiłam zająć miejsce u szczytu stołu. Tam powinnam mieć spokój i doskonały widok na moich przyjaciół. Żeby dojść do upatrzonego miejsca, musiałam przejść wzdłuż ławy. Kiedy mijałam jej połowę, dobiegło mnie kpiarskie prychnięcie.- Nie dość, że szlama, to jeszcze złodziejka chłopaków. -spojrzałam w kierunku, z którego dobiegł mnie głos i tak, jak się spodziewałam, ujrzałam tam boskie trio. Stały pakiet- dwie blondynki +brunetka. Chyba pierwszy raz musiałam przyznać im rację. Nie do końca, ale jednak. Zacisnęłam tylko pięści na wzmiankę o szlamie i szłam dalej. Niemalże czułam jak wzrok wiedźm wypala mi dziurę w karku. Z
pewnością były zdziwione, że nie dałam się wciągnąć w kolejną
pyskówkę. Zasiadłam do stołu, nałożyłam sobie trochę jedzenia na
talerz i zaczęłam je automatycznie przeżuwać, nawet nie zwracając
uwagi na to, co konkretnie jem. Zatonęłam w myślach. Starałam się, by były to neutralne tematy. Nauka, praca domowa, plany na jutro (czyli więcej nauki) etc. Jednak bezwiednie. W mojej głowie był teraz tylko jeden temat. Harry. Co mnie napadło, by się z nim całować? Jak mogłam zachować się w ten sposób? Jak mogłam wbić nóż w plecy Cho? Ginn miała absolutną rację, że się do mnie nie odzywała. Myślała teraz pewnie, że jestem jak reszta Ślizgonów. Ale zaraz! Czy ja nie mam prawa być szczęśliwa? Czy nie mogłam choć przez pięć minut poczuć się jak kiedyś? W sumie, to sama nie wiedziałam czego mi do tego szczęścia brakuje. Nie wiedziałam, co jest mi potrzebne w życiu do odzyskania tej dawnej równowagi. W gruncie rzeczy sądziłam, że taka przybita jestem z tęsknoty za rodzicami i znajomymi w mugolskiego świata, ale w końcu doszłam do tego, że to nie to. Nie miałam z nimi praktycznie nic wspólnego. Nie byłam już tą osobą, która opuściła rodzinny dom w te pamiętne ferie zimowe. Zmieniłam się. Tak naprawdę nie miałam nic wspólnego z ludźmi, z którymi się wychowywałam. Jedyną osobą, która mnie z nimi wiązała, był tata. Tylko ten młodszy Malfoy sprawiał, że pamiętałam o przeszłości. Tylko on mnie z nią wiązał. Przez chwilę moją uwagę od myśli odwróciło pewne pytanie, na które nie udało mi się odpowiedzieć, pomimo, że zadawałam je sobie wielokrotnie. Skoro tata był z rodu Malfoy'ów, a mama Blacków, to kim właściwie jestem? Czemu noszę nazwisko Evans? To nielogiczne. Ale w tej chwili nie chciałam o tym myśleć. Nie potrafiłam. Bardziej byłam skupiona na wydarzeniach tego dnia. Zastanawiałam się co czuję do Wybrańca i tak naprawdę sama do końca nie wiedziałam. Pogubiłam się już i sama nie potrafiłam się odnaleźć. Moje przemyślenia nagle
przerwała Luna, podchodząc do mnie z jej chłopakiem, Nevillem.
- Witaj Hope. - powiedziała delikatnym głosem. Uśmiechnęłam się. Może nie zostałam do końca sama.
- Hej. -przywitałam się z nimi.- Co się stało, Hope? Dlaczego siedzisz tu sama? - Blondynka patrzyła na mnie dużymi
oczami. Pociągnęłam nosem.
- Już nie jestem sama. Wy też tu jesteście.
- zajęli miejsca przy stole.
- Nie powinnaś być sama. Mogą napaść cię
Czangi. Albo Nargle. - uśmiechnęłam się. Teraz wiedziałam, że nie ma czegoś takiego jak Czangi. Nie, inaczej: coś takiego jak te
niewidzialne stworzenia nie jest opisane w żadnej książce. Może
istniały, tylko nikt ich nie udokumentował...? To bardzo
prawdopodobne.
- Jak się robi coś złego, trzeba liczyć się z tym, że
można stracić przyjaciół. - mruknęłam cicho. - A dla każdego zło
wygląda inaczej.
- To nic, że się obrazili. Masz jeszcze nas. - uśmiechnęła się. Nie wiedziałam co powiedzieć. Takie zapewnienie
było... piękne. Popatrzyłam na nią i na Neville'a. Wyglądali w pewnym sensie zabawnie. Ona w obowiązkowych na jej roku szatach Hogwartu, a on w normalnych ciuchach. Ale to był uroczy widok. I przypominał mi o mojej Rudej przyjaciółce... Ona również musiała nosić mundurek, na który strasznie narzekała. Ale już niedługo.
- Dziękuję. - wyszeptałam w końcu. Siedzieliśmy przy
stole domowym Slytherinu, przy którym przed bitwą o Hogwart, żadne z nich nie pomyślałoby nawet, by siedzieć. Ale chyba w końcu zrozumieli, że Slytherin nie jest taki zły na jaki wygląda. Wielka Sala pustoszała w oczach. Nagle zauważyłam jak w moją stronę z zacięta miną idzie Hermiona. Zdziwiło mnie to. Ona chyba ani razu jeszcze nie porozmawiała ze mną z własnej woli.
- Hej. - przywitałam się.
- Hej -odpowiedziała wolno. - McGonnagall mnie wysłała. - rzuciła szybko jakby chciała powiedzieć "nie łudź się, że z tobą pogadam". - kazała mi przekazać ci ten liścik. - wyciągnęła w moją stronę lewą rękę.
Automatycznie popatrzyłam na nagą skórę jej przedramienia, poznaczoną bruzdami. Na ogół ukrywała to w długich rękawach, ale ile można?
-Hermiono? Chciałabyś, żeby to zniknęło? - wypaliłam. Popatrzyła na mnie wzrokiem pełnym bólu.
- Dobrze wiesz, że to niemożliwe. - wysyczała. Pokręciłam szybko głową.- Nic nie jest niemożliwe, jeśli się w coś bardzo mocno wierzy. Znajdziemy sposób. - rzuciłam. Spojrzałam na karteczkę, którą mi wręczyła.
Panno Evans!Przypominam
Pani o dzisiejszym szlabanie, który odbędzie się dziś o 20.00, pod
czynnym okiem profesora Blacka.
Prof. M. McGonnagall
Westchnęłam ciężko. Ta kobieta się na mnie uwzięła! Snape nie dał mi szlabanu, gdy prawie go zabiłam, wylewając na niego swój eliksir, a ona co tydzień wlepia mi karę za byle błachostkę. Już nawet nie byłam pewna za co jest ta.
- Muszę iść na szlaban. - poinformowalam Lunę i Neville'a.
Miałam 5 minut, żeby dotrzeć na drugie piętro.- Dziękuję, że
zjedliście ze mną kolację. - uśmiechnęłam się szeroko. Pożegnaliśmy się i odwróciłam na pięcie. Pognałam na szlaban. Wpadłam spóźniona do gabinetu Regulusa.- Dzień dobry, panie psorze. Przepraszam za spóźnienie. - Ten tylko się uśmiechnął.- Siadaj, Hope. Dzisiaj popracujesz tutaj. - wskazał mi kanapę, przy której stał stolik cały zawalony pergaminami, piętrzącymi się także dookoła niego. Musiałam chyba zrobić przerażoną minę na ich widok, bo mężczyzna zaśmiał się.
-A co mam robić? - zapytałam, mając nikłą nadzieję, że te papierzyska to nie część mojej kary. Jednak czekało mnie rozczarowanie.
- Ktoś musi je posegregować. - westchnęłam ciężko, usiadłam i zaczęłam pracę.
-Panie profesorze? Jak to się dzieje, że zawsze, kiedy mam szlaban, to u pana? - zapytałam po kilku minutach ciszy. Nauczyciel uśmiechnął się zagadkowo.- Los tak chciał. Dalej pracowałam w ciszy. Znowu pogrążyłam się w myślach.- Taka zadumana... O czym pani tak myśli, panno Evans? Czyżby problemy z chłopakami? - zaczerwieniłam się.
- Między innymi. - Nagle na jednym z pergaminów zauważyłam znajome nazwisko. Drzewo genealogiczne rodu Black. Przebiegłam je wzrokiem, szukając matki. Analizowałam dokument przez chwilę, aż w końcu wydałam zduszony okrzyk.
- Profesorze! Jest pan moim wujem. - powiedziałam,
widząc imiona tak dobrze mi już znane: Regulus Arcturus.
- Oczywiście.
Myślałaś, że dlaczego inaczej ja i twoja matka nosimy nazwisko Black?
- zaczerwieniłam się znowu, tym razem z powodu własnej głupoty.
-Sądziłam, że to może jakaś zbierzność nazwisk... - zaczęłam zwijać
dokument, by położyć ją na jedną ze stert, które utworzyłam, gdy
powstrzymał mnie głos mężczyzny.
- Zatrzymaj go, Hope. Warto dokładnie poznać swoje korzenie. - podziękowałam. Do swojego dormitorium
wróciłam około północy. Bolały mnie oczy i głowa. Zmęczona przebrałam się w piżamę i rzuciłam na łóżko. Niemalże od razu zasnęłam.
Przepraszam, przepraszami jeszcze raz przepraszam, że piszę dopiero teraz!
OdpowiedzUsuńNo ale jestem!
Spodobał mi się początek.
wojownicza postawa Dracona -była jakaś taka Gryfońska! :D ale ,,Profesorre" Regulus Arkturus Black przypadł mi do gustu najbardziej. Tzw. Dobry Wujek i to dosłownie!
Ja wiem, że moje myśli pędzą w dziwnym kierunku, ale... Jakby tak... REGULUS I HOPE? ROPE? ,,rołpi"? XD jak szaleć to szaleć! :D ale to twoje opowiadanie i stwierdzam, że wyrabiasz się coraz bardziej :D progress 100% :D
ŚCISKAM CIĘ I POZDRAWIAM I ŻYCZĘ WENY BO LUBIĘ TO TWOJE OPOWIADANIE :D
P.S. Pytałam cię o zgodę na zrecenzowanie twojego bloga? W czerwcu mam zamiar otworzyć ocelnialnię więc, chcę wiedzieć czy wyrażasz zgodę :)
Dziękuję! Tak baaaaardzo się cieszę, że ci się podoba. :D Niedługo będzie więcej wrażeń, bo historia dopiero się rozkręca. :3 a i moje pisanie także dzięki twoim radom i komentarzom, dziękuję! <3 :* Chyba jestem twoją dłużniczką. :3
UsuńNie pytałaś, ale oczywście, że możesz! Nawet bardzo się cieszę, że pomyślałaś o zrecenzeniowaniu mojego opowiadania, miło mi. :3 z radością poczytam recenzje, mogę liczyć na linka?? :3
Pozdrawiam :)
Tak, tylko za bloga wezmę się dopiero w czerwcu i no pewno, że dam ci linka :) ta historia jest oryginalna więc, zatem i warta recenzji :)
Usuń-pozdrawiam i spadam czytać nowy rozdział (swoją drogą mam świetną intuicję, bo co wpadam to akurat kilka godzin wcześniej udostępniasz notkę) :D
ulala harry dostał po pysku przez chamstwo xP znam to z życia.
OdpowiedzUsuńdobry z dwoma +