Ciemność. Otaczała mnie aksamitna czerń. Nie widziałam nic, mimo że miałam otwarte oczy. Nagle światło oślepiająco jasnej błyskawicy przecięło mrok. Zauważyłam, że stoję w dużym, zdemolowanym pokoju, przypominającym salę balową. Było widać, że minęły już lata jego świetności. Wyblakłe, czerwone zasłony wisiały w strzępach na wysokich, połamanych i powybijanych, brudnych oknach. Dookoła leżały połamane meble, a wszystko było poszarzałe i pokryte grubą warstwą kurzu.
Nagle usłyszałam za sobą odgłos kroków i zbliżającą się rozmowę. Instynktownie schowałam się w cień.
- Pamiętaj. Nikt nie może wiedzieć, że żyję. - Do pokoju weszła kobieta. brunetka średniego wzrostu. Trzymała w ręku złoty, bogato zdobiony złoty kandelabr z płonącymi świecami. Zaraz za nią podążał wysoki, szczupły mężczyzna w długiej, czarnej pelerynie. To znaczy, domyślałam się, że to mężczyzna. Widziałam tylko jego sylwetkę, która nie mogła należeć do kobiety. Na głowę miał zarzucony kaptur, tak więc nie mogłam dojrzeć jego twarzy.
- Tak, Pani. - miał aksamitny głos.
- Przekabać moją córkę. Ta smarkula jest mi potrzebna żywa. Dzięki niej Pan powstanie... - powiedziała fanatycznym tonem. - Sługus znów się skłonił.
- Pani... - ktoś wszedł do pokoju.
- Jak śmiesz przeszkadzać Czarnej Pani?! - wrzasnęła głośno. Odstawiła kandelabr na stół i wyjęła różdżkę. - Nigdy więcej mi nie przeszkodzisz. - wysyczała i potoczyła różdżką między palcami. Po chwili ścisnęła ją mocniej i skierowała w stronę nieszczęśliwca.
- Crucio - powiedziała niemalże szeptem. Człowiek zaczął wrzeszczeć i zwijać się z bólu. Kobieta zaśmiała się szaleńczo.
- La-lala-la-la... - zaczęła nucić w rytm krzyków. - wystarczy - powiedziała, opuszczając różdżkę, nadal jednak bawiła się nią między palcami. - Masz nauczkę. Nie przerywaj mi więcej. - Patrzyłam na nią z przerażeniem. Na moich oczach torturowała jakiegoś człowieka.
- Bello. A co jeśli nie będzie tak jak mówisz? Jeśli on mnie jednak zabije?
- Na pewno zabije cię, jeśli teraz odejdziesz. Tak, będzie ci wdzięczny, że pomogłeś mu powstać. - zapadła cisza. Bellatrix zrobiła coś z różdżką. Światło świecy zamrugało. Nagle przez okna do pomieszczenia wpadły czarne widma. Zrobiło się kropnie zimno. Kobieta wyrzuciła ręce w górę.
- Dzięki nam, Pan powstanie! - zaczęła się śmiać i obracać wokół własnej osi. Zjawy latały dookoła. Kilka podfrunęło w moim kierunku. Chłód był nie do zniesienia. Poczułam niewyobrażalny smutek. Potem był niewyobrażalny ból. Czułam się jakbym umierała...
* * *
Zlana potem, z okrzykiem przerażenia na ustach, usiadłam gwałtownie na łóżku. Oddychałam ciężko.
- Hopie. Co się stało? - w głosie Dracona brzmiało przerażenie. Rozejrzałam się po swoim dormitorium. On, Blaise i Harry siedzieli w różnych miejscach na puszystym, zielonym dywanie. Tym razem przyszedł z nimi Ron, z którym zdążyłam się wczoraj zaprzyjaźnić.
- Przyśnił ci się nagi Blaise? - zapytał z kpiarskim uśmiechem na ustach Rudzielec. Oranż jego włosów zabawnie kontrastował z zielonym wystrojem otoczenia. Chłopcy zachichotali. Pokręciłam głową. Miałam zimną gulę w żołądku. Przerażenie nadal trzymało się mnie oślizgłymi mackami. Chyba musiałam wyglądać naprawdę koszmarnie, bo Malfoy od razu spoważniał. Martwił się. Miło było wiedzieć, że ktoś choć trochę się mną przejmuje.
- Hope... Co jest? Co się stało? - w jego głosie było słychać troskę. Byłam dla niego jak siostra. Dbał o mnie bardziej niż bym sobie tego czasem życzyła.
Przybrałam na twarz sztuczny uśmiech.
- To tylko zły sen. - starałam się, by zabrzmiało to lekko. Udało mi się. Każdy inny by się nabrał. Ale Smok zbyt dobrze mnie znał.
- Chłopaki, zostawcie nas samych. - nieoczekiwanie odezwał się Harry.
- Ale... - kuzynek chciał zaprotestować.
- Proszę - Przerwał mu Okularnik.
- Okay. - Kuzynek wyprowadził towarzystwo. Spojrzałam niewidzącym wzrokiem w okno. Zarejestrowałam, że światło wskazuje, że jest około 7 rano. Zdziwiłam się co oni mogą robić tu tak wcześnie.
- Hopie... Możesz mi powiedzieć. - mówił cicho. - wiem jak to jest mieć straszne sny i wizje. Jakkolwiek to wsiursko brzmi.
- Moja... matka. To była ona. Tak myślę.
- Ale przecież twoja matka jest mugolką.
- Chodzi mi o tą prawdziwą. O Bellatrix. Ona... kogoś torturowała, a potem... opowiedziałam mu cały swój sen ze szczegółami.
Kiedy skończyłam, w pokoju zapanowała grobowa cisza. Po chwili spojrzałam na niego dużymi oczami.
- Harry... Te widma... To byli dementorzy, prawda? - zapytałam cicho, drżącym głosem. Pokiwał w zadumie głową. Zadrżałam. Bestie wysysające szczęście. To przerażające.
Żywiły się szczęśliwymi chwilami ludzi, aż pozostawały im tylko ból i cierpienie. Stawali się wrakiem człowieka. Dlatego Ministerstwo umieściło ich w Azkabanie. Mogli się żywić więźniami i nie zagrażali społeczeństwu. Żeby się przed nimi bronić istniał tylko jeden sposób.
- Harry... naucz mnie zaklęcia Patronusa. - poprosiłam.
- Jesteś pewna? To wyższy poziom magii. Jedno z najtrudniejszych zaklęć.
- Nie wierzysz, że sobie poradzę?
- Nie! Ja tylko... Och! - wyrzucił ręce w górę w geście frustracji. Uśmiechnęłam się lekko.
Nagle usłyszałam jak do okna stuka sowa.Wstałam z łóżka, jeszcze w piżamie i podeszłam, by jej otworzyć. Zalało mnie zimne, rześkie powietrze. Pogłaskałam ptaka. Chwyciłam kartkę, którą miał w dziobie i zamarła. To był ten sam list, który wysłałam do Dean'a, tyle, że chłopak na odwrocie dopisał trzy słowa. Trzy słowa, których spodziewałam się najmniej. Trzy słowa, których nigdy jeszcze od nikogo nie słyszałam. Trzy słowa, które rozdarły mi serce.
Wpatrywałam się w nie z niedowierzaniem, a wyjątkowo zimne, jak na tą porę roku podmuchy wiatru wpadały przez otwarte okienko, chłostając moje nagie ramiona. Nie wiem jak długo tam stałam. Oczy wypełniały mi się łzami. Czułam, że Harry jest blisko za moimi plecami. Wiedziałam, że to przeczytał. Nie byłam w stanie się ruszyć. Zwyczajnie nie byłam w stanie. Chłopak zamknął okno i odwrócił się do mnie.
Patrzył na mnie przez chwilę dziwnym wzrokiem, a potem bez słowa mnie objął. Lecz tym razem nie czułam się tak jak zwykle, gdy mnie przytulał. Nie było tej chwili uniesienia, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, otuchy ducha. Czułam zbyt dużą pustkę.
- Hope... wszystko w porządku? - Zapytał odsuwając się na wyciągnięcie ręki, gdy zamiast odwzajemnić uścisk, stałam sztywno w jego ramionach. Pokiwałam głową, patrząc w okno.
- Powiem chłopakom, że nie czujesz się najlepiej. Usprawiedliwię cię na lekcjach. Siedź w spokoju i niczym się nie przejmuj. - Nim zdążyłam odpowiedzieć, wyszedł do pokoju wspólnego Slytherinu.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz. Łzy płynęły po moich policzkach fontanną nieprzerwanego bólu. Smutek mnie otaczał.
Nie wiem jak długo tak tam stałam. W pewnym momencie przestałam zanosić się szlochem. Trwałam w otępieniu, wspominając wszystko co było.
Przestałam płakać. Uświadomiłam sobie, że wcale tak dużo nas nie łączyło. Między nami nie było tej magicznej więzi, jaka powinna łączyć zakochanych ludzi. Może jestem niepoprawną romantyczką, ale wydaje mi się, że relacje dwojga zakochanych nastolatków nie powinny opierać się tylko i wyłącznie na seksie i zabawie.Powinni także wspierać się w trudnych chwilach. Od Dean'a takiego wsparcia nie miałam.
Odeszłam od okna i weszłam do łazienki. Nalałam no wanny gorącej wody i płynu o zapachu aaroni i jeżyn. Zanurzyłam się w nim. Dopiero gdy przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, zauważyłam jak bardzo zmarzłam. Myślałam dalej: A może ja i Dean nie byliśmy dla siebie stworzeni? Może nie było dla nas przyszłości? A co, jeśli życie ma wszystko zaplanowane z góry i nie mamy na nic żadnego wpływu?
Przez chwilę poczułam się jak "Antygona" Sofoklesa. Jej losy również były z góry zaplanowane.
Nie będę się nad sobą użalać - postanowiłam. - co się stało, to się nie odstanie. Trzeba żyć dalej i nie oglądać się za siebie. Wyszłam z wanny, wypuściłam wodę, wytarłam się i założyłam jaskrawo różową, koronkową bieliznę. Z szafy wyjęłam jasnoniebieskie, znoszone rurki, białą bokserkę oraz szarą bluzę i się w to ubrałam. W szlufki zamiast paska we wlekłam apaszkę w kolorze kawy z mlekiem. Dopiero wtedy zauważyłam jak drastycznie schudłam, odkąd opuściłam mój rodzinny dom. Bez tego spodnie były za luźne. Na bose stopy wsunęłam ciepłe, luźne, brązowe buty.
Zaścieliłam łózko i wyjęłam spod niego gitarę, którą pozornie tak niedawno dostałam od Draco. Teraz zdawało mi się jakby to było całe lata świetlne temu. Uderzyłam w struny i zaśpiewałam:
( klik klik )
I wonder what you're thinking
Do you lie awake and do I cross your mind
And could you be waiting for a pretty face to make you come alive
Make me believe that you're gone
(Before I figure it all out)
I hate the way I'm hanging on
I could ask you to stay
But it's too late
I don't need you anymore to fill this space
Now you're as good as gone
You took it all
I took the fall
And I've given up
It's taken too damn long, for me to write you off
I wonder if I'm dreaming
Or if I'm just sleep walking through the night
And do you believe it
When I'm on my knees screaming I'm alright
So I learn to love the pain
(Cuz It's all that I can feel)
And I forget you everyday
I could ask you to stay
But it's too late
I don't need you anymore to fill this space
Now you're as good as gone
You took it all
I took the fall
And I've given up
It's taken too damn long, for me to write you off
And when I was fighting to see us through
Baby where were you?
Were you ever here at all...
And if you asked me to stay
I'd walk away
I don't need you anymore
to fill this space
Now you're as good as gone
Yeah you took it all
I took the fall
And I've given up
It's taken too damn long, for me to write you off.
Jeszcze raz popatrzyłam na liścik od Dean'a.
" Z NAMI KONIEC"
Krzyczały litery. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Tak z nami koniec.- mruknęłam.

WOW... Ten rozdział to jest według mnie taka bomba :) I ten sen... I ten list... Intrygujące... . Ahh idę dalej czytać ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję :* :D
Usuńnice idziesz w stronę tajemnic :D to lubię. Cieszę się że ona nie jest z Deanem to może coś wypali z Harym. Pięknie piszesz.
OdpowiedzUsuń